19 wrz 2017

Czy zwracasz uwagę na rodzaj opakowania?

Powrót do pracy i przeciągający się w nieskończoność remont w kuchni, skutecznie ograniczyły mój czas spędzony przed komputerem do minimum. W zasadzie to do minimum minimum, dlatego przyznaję się bez bicia, że pomimo wielu pomysłów na wpisy, ciężko jest mi usiąść i wycisnąć z siebie to i owo. Ale do rzeczy.

Od pewnego czasu czytanie etykiet na opakowaniach produktów, które mają trafić potem do naszego garnka stało się narodowym hobby, co prawda kultywowanym nie przez całe społeczeństwo, ale z całą pewnością przez jego znaczną część. Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie rozszyfrować wszystkich tajemniczych "e", to nawet podświadomie staramy się unikać tego, co zawiera w sobie syrop glukozowy, glutaminian sodu, a sama lista składników przeciąga się na 5 stron.

Zauważyłam również, że coraz częściej zwracamy uwagę na skład kosmetyków. O ile ich składy brzmią zupełnie zagadkowo, to krzyczące z etykietek "brak SLS / SLES / ADHD / PHP i C++" może powodować, że chętniej sięgniemy po ten konkretny produkt.

I o ile dwa powyższe zjawiska są bardzo na plus, to zauważyłam również, że niestety póki co, niewielką uwagę zwracamy na to, W CO te produkty są zapakowane. A przecież ma to również znaczenie nie tylko dla środowiska, ale i naszego samopoczucia. Choć mi samej daleko jest do zero waste'owego życia, to odwijanie i odpakowywanie miliarda folijek denerwuje mnie bardzo. Ani tego ponownie wykorzystać ani przerobić na kompost, ani spalić.
Co mnie tknęło do takich przemyśleń?
Zakupy.
A konkretniej namówiona przez wewnętrzne dziecko własnego małżonka kupiłam Nutella B-ready, która jest nowością na naszym rynku.
Dla tych, którzy nie spotkali się z tym "cudem" tłumaczę, że jest to odrobina Nutelli zamknięta w lekkim wafelku, za zawrotną kwotę 3-4zł. No ale jak chciał - kupiłam.

3 wrz 2017

Szydełkowy królik amigurumi

Pogoda w ostatnich dniach nie dopisuje w ogóle. Nadchodzącą jesień czuć wyraźnie w powietrzu. Chociaż deszczowa pogoda ma soje plusy ponieważ zmotywowała mnie do stworzenia szydełkowych królików, a ponieważ znajoma wyświadczyła mi pewną przysługę, oba króliki amigurumi pojechały w świat do jej córek. :)

Czym właściwie jest amigurumi? Myślę, że amigurumi można spokojnie nazwać sztuką tworzenia maskotek za pomocą szydełka czy drutów, która przywędrowała do nas z Japonii. Amigurumi najczęściej przedstawia maskotki-zwierzęta, ale równie dobrze może to być jakakolwiek rzecz, której nadaje się cechy zwierzęce.

amigurumi bunny, szydełko, szydełkowe króliki, amigurumi, królik na szydełku

28 sie 2017

Co zabrać na wyprawę rowerową?

Czyli praktyczne porady, co mi się przydało, a co nie, podczas wyprawy ze Świnoujścia na Hel.

Całość trasy, w zależności od licznika wyniosła około 455km. W tą odległość jest wliczone kilka nadprogramowych kilometrów po lesie czy obijanie do okolicznych Biedronek.
Czy zdecydowałabym się na podróż rowerową wzdłuż wybrzeża Bałtyku z małymi dziećmi? Myślę, że tak, pod warunkiem zmodyfikowania trasy w ten sposób aby uniknąć ruchliwych ulic, bez względu na to, czy dziecko podróż miałoby spędzać w foteliku, przyczepce, czy pedałując samemu.
Czy powtórzyłabym wyjazd? Bez zastanowienia. :)

1. Zakwaterowanie

Jeśli chodzi o noclegi, to w zdecydowanej większości nocowaliśmy na polach kempingowych, dlatego namiot jest tym, czego nie można zapomnieć. Zapomnieć można natomiast o swobodnym zarezerwowaniu kwatery na jedną noc, szczególnie jeśli jest to lipiec bądź jego przełom lub jeśli napomknie się mimochodem, że jest się rowerem. Jeśli się uda, to wyłącznie z powodu farta albo... farta.
Cena kempingów jest uzależniona od kilku czynników:
- im dalej na zachód, bliżej Świnoujścia, tym drożej, kempingi w zdecydowanej większości nastawione są na niemieckiego turystę.
- nawet jeśli kwota za rozbicie namiotu jest przyjemna, mniej przyjemnie jest, jeśli okazuje się, że pod prysznicem trzeba wrzucać monety żeby się umyć.
- podłączenie prądu - około 10zł
- opłat klimatyczna - w zależności od miejscowości, około 2-3zł za dobę.
Generalnie nigdy (poza dniem z ulewą) nie mieliśmy problemów ze znalezieniem miejsca na polu namiotowym, dlatego też nie robiliśmy żadnych rezerwacji. Gdzie padliśmy, tam robiliśmy obóz.
jak przygotować się na wyprawę rowerową, wyjazd na hel rowerem, wyprawa rowerowa ze świnoujścia
Rower z turbodoładowaniem
Patent, o którym nie miałam pojęcia, to cienka folia, którą można rozłożyć na namiocie aby uniknąć przemoczenia tropiku w przypadku intensywnych opadów. Minusem jest to, że w namiocie szybko robi się zaduch.

25 sie 2017

Ze Świnoujścia na Hel. Rowerowa trasa R10. Łeba - Hel

3. Jak dojechać rowerem ze Świnoujścia na Hel, odcinek Rowy - Łeba

Dzień 11. Łeba - Karwia (62km)

wyprawa rowerowa ze Świnoujścia na hel, łeba karwia

Link do pełnej mapy: https://www.endomondo.com/routes/989922737

Po zapasach w błocie, które odbyliśmy w drodze do Łeby, myśleliśmy, że gorzej już być nie może (po raz kolejny, ale to nieistotne ;) ). No i prawie się nie myliliśmy, ponieważ w Łebie sztormowa pogoda pokrzyżowała nasze plany wyrównania opalenizny (co najmniej głupio człowiek wygląda z prawą stroną bardziej [opaloną]), a pogoda ta utrzymywała się też w kolejnym dniu, czyli w dniu, w którym musieliśmy ruszyć. A ponieważ pora roku (środek sezonu) i zbliżający się weekend, zmusił nas do zakupienia biletów na drogę powrotną, coby w ogóle móc wejść do pociągu, bilet zarezerwowany był już na konkretną godzinę, co za tym idzie, żadne opóźnienia nie wchodziły w grę. Żadne. A tu psikus, i od rana pada, dlatego pierwsze pół godziny spędziliśmy na łebskiej stacji benzynowej, pijąc kawę i pompując oponki, czekając na to aż deszcz przejdzie (haha).
W tym miejscu pojawił się pierwszy (w dniu dzisiejszym, a nie wiem który w ogólnym rozrachunku) zgrzyt, i moja super-samo-naprawiająca-się dętka stwierdziła chyba że to guzik warte, i postanowiła sobie dać upust. Dosłownie i na amen. Tudzież kolejne pół godziny straciliśmy na zmianę jaśnie pani. A deszcz jak padał, tak zaczął padać bardziej....

Po wyjechaniu z Łeby (uff, udało się...), stadzie saren, dwóch żurawiach i zającu później, przejechawszy całe 10km, w okolicy miejscowości Sarbsk, okazało się, że jeśli dalej tak pójdzie, to cały nasz dobytek spłynie z deszczem. Czyli namioty, śpiwory, ciuchy. I tu dziękuję mojemu koledze, który polecił mi zakup sakw Crosso, ponieważ bez nich wszystko pewnie by pływało. A tak pływało tylko to, co w sakwach nie było, albo było w wodoodpornych, a nie wodoszczelnych, ale o różnicy między nimi - we wpisie podsumowującym.
wyprawa rowerowa ze Świnoujścia na hel
Zatrzymując się pod daszkiem mieliśmy dużo czasu na przemyślenia. I jedzenie. Jak się okazało, w restauracji Pod Siodłem, zjadłam najlepszą zupę kurkową w życiu. Także ten... są plusy! Zaopatrzyliśmy się też w gustowne trzewiki, ponieważ po bagnach Izdebskich została nam ostatnia para suchych butów. To znaczy małż miał, bo mi zostały wyłącznie sandały...
 A by dojechać do Helu, zostało jeszcze trochę...
Nie czekając już dłużej na słońce, którego nie było aż do następnego dnia, ruszyliśmy w dalszą drogę. Na szczęście prawie cała trasa przebiegała asfaltem, choć chcąc znów przechytrzyć system, na początku znowu zdaliśmy się na skrót, który poprowadził nas przez osady, które chyba nie miały pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak jakakolwiek nawierzchnia utwardzona, i gdzie kupy zwierząt gospodarskich w deszczu tworzyły sporych rozmiarów rwący potok przez środek wsi oraz las, w którym (niespodzianka!) również mieliśmy przyjemność się zgubić, z resztą tak samo jak googiel, który gubił się i znajdował drogi, których nie było.

Ponieważ zbliżała się godzina 18, a my mówiąc delikatnie byliśmy w d*pie, postanowiliśmy zadzwonić na jakikolwiek camping w Karwi, żeby ewentualnie dowiedzieć się, czy nas w ogóle przyjmą. We wszystkich dwóch zasugerowano nam delikatnie, że z powodu podtopień może być ciężko. D*pa do kwadratu. Serwis z ofertami kwater i pięć telefonów później udało nam się dodzwonić do przesympatycznej pani, która zgodziła się nas przyjąć na jedną noc. Co prawda nie były to ceny kempingowe, ale dodatkowo włączyła dla nas ogrzewanie, a nawet użyczyła suszarkę....
Tylko trzeba było dojechać. W strugach deszczu i bez hamulców, które skończyły się w Żarnowcu. Dlatego zapasowe klocki hamulcowe to jest to, co się bierze na dłuższy wyjazd rowerowy.
A poniższe zdjęcie jest świetnym podsumowaniem dnia 11.
Ciężko było - ależ skądże.

Dzień 12: Karwia - Hel! (52km)

Link do pełnej mapy: https://www.endomondo.com/routes/989923533

Ponieważ pogoda na ten dzień zapowiadała się przyjemnie, a mi po całej drodze w deszczu brakowało słońca i tego znienawidzonego piachu jak nie wiem, przed ruszeniem już na sam Hel, postanowiłam spędzić poranek na plaży. Byłam w szoku w jak zastraszającym tempie plaża potrafi obrodzić w parawany!
Jednym z punktów dnia było "zczekowanie" Gwiazdy Północy w Jastrzębiej Górze, to znaczy punktu w Polsce najbardziej wysuniętego na północ.
gwiazda północy, polska, jastrzębia góra
Przejechanie przez "Władka"...
...gdzie spotkaliśmy orygnalnego turystę rowerowego z Niemiec...
... i znaleźliśmy się na półwyspie.

Co fajne, przez cały półwysep helski prowadzi droga rowerowa bądź ciąg pieszo-rowerowy. Może miejscami daleko mu do ideału, ponieważ zbudowany jest z krzywych płyt bądź kostki, ale jest.
Droga rowerowa przy wyjeździe z Władysławowa
Droga rowerowa Władysławowo- Hel
Tak blisko, a tak daleko...
Dzień bez gofra dniem straconym, dlatego udaliśmy sie na podobno najlepsze gofry w Jastarni. Pomimo szczerych chęci, nie były najlepsze.

Jest, jest, jest, Hel! Początek Polski!
I sam ;cypelek":

Jako ciekawostkę przestawię jeszcze jednego uczestnika naszej wyprawy rowerowej. Bardzo żałuję, że nie uczestniczył w żadnych innych zdjęciach w celu udokumentowania swojej podróży, ponieważ zakupiony w Międzyzdrojach przeleżał gdzieś w bocznej kieszeni sakwy, wydobyty i nie wypity przedostatniego dnia.
Naszym odkryciem na Helu były jedne z wielu, ale nieliczne z tak pysznych lody naturalne Miło.Mi. Lody szpinakowe czy z marchewki nie są mi obce, ale przyznam się, że poniższe połączenia smakowe są mistrzowskie, gdzie gorzka czekolada jest naprawdę gorzka, a szpinak z bananem miesza się mistrzowsko.
Lody naturalne Miło. Mi, hel
Lody naturalne Miło. Mi
I cóż zostało więcej?
Prom z Helu do Gdyni.
20 minut aby dostać się na stację.
Obawa przed PKP - tym razem bezpodstawna, ponieważ nasze rowery jechały w luksusie, z resztą tak samo jak my.

I duma, że się udało na pół z pewnym niedosytem, który w przyszłym roku postaram się uzupełnić.
Ruda Wredna

21 sie 2017

Ze Świnoujścia na Hel. Rowerowa trasa R10. Rowy - Łeba

Ruda jedzie rowerem ze Świnoujścia na Hel: Świnoujście-Dąbki (Bobolin)
Ruda jedzie rowerem ze Świnoujścia na Hel: Dąbki (Bobolin)-Rowy

Dzień 9-10 Rowy - Łeba (50km) + niezliczone ilości błota.

Postanowiłam poświęcić odcinkowi Rowy-Łeba na trasie do Helu oddzielny wpis, ponieważ... działo się.
Link do powiększonej mapy rowerowej: https://www.endomondo.com/routes/987253507

Z Rowów udaliśmy się w stronę Słowińskiego Parku Narodowego, czyli dokładnie tam, gdzie nie do końca chcieliśmy jechać. Dlaczego? Polegając na naszym już niemałym doświadczeniu, nie ufaliśmy leśnym drogom i trasom przez nie poprowadzonym. Na szczęście jak się okazało nasze obawy były niesłuszne, przynajmniej do momentu gdzie powinniśmy odbić z R10.
Dla niezorientowanych dodam, że za babranie się w torfowisku zapłaciliśmy jeszcze po 6zł, bo tyle kosztuje wejście do Słowińskiego Parku Narodowego od strony Rowów.
Trasa przez SPN na wysokości Jeziora Gardno była bardzo przyjemna. Prowadziła nas po dosyć utwardzonej drodze, przy której ustawione były punkty "edukacyjne" oraz miejsca, gdzie można było usiąść, odpocząć i zjeść. Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy Jeziorze Dołgie Małe.
dołgie małe, jezioro, słowiński park narodowy, r10, łeba, rowy, las
Jezioro Dołgie Małe
Kolejny - Dołgie Duże:)
dołgie duże, jezioro, słowiński park narodowy, r10, łeba, rowy, las
Jezioro Dołgie Duże

18 sie 2017

Ze Świnoujścia na Hel. Rowerowa trasa R10. Bobolin - Rowy

Część pierwsza jak Ruda, czyli ja ;) jechała na rowerze ze Świnoujścia na Hel:
https://tomiejscenamapie.blogspot.com/2017/08/ze-swinoujscia-na-hel-rowerowa-r10-cz-1.html

Dzień 7: Bobolin - Jarosławiec (26km)

Link do powiększonej mapy rowerowej: https://www.endomondo.com/routes/985524897

Zaraz za Dąbkami i Bobolinem zahaczyliśmy o Darłowo. Wizytę w Darłowie wymusił na nas brak powietrza w oponach, ochota na kawę z Orlenu (fuj!) oraz wizyta w aptece celem zakupienia maści arnikowej, o której kiedyś wspominałam, ponieważ moje nogi po walce z ciężkim rowerem oraz własną pierdołatowością wyglądały tak, jakby własny mąż wymierzał sprawiedliwość kijem.
Jak się okazało, niedaleko apteki znajdował się Zamek Książąt Pomorskich. I co? I poszliśmy. Ponieważ zależało nam na szybszym dojechaniu do Jarosławca, zdecydowaliśmy się na zwiedzenie tylko dziedzińca, choć przyznam się z perspektywy czasu, że trochę żałuję.
Zamek Książąt Pomorskich w Darłowie

16 sie 2017

Ze Świnoujścia na Hel. Rowerowa R10. Świnoujście - Dąbki (Bobolin)

Nie lubię morza. Morze kojarzy mi się z sadzaniem tyłka w piach i patrzeniem na wodę. Piach i woda. Woda i piach, i nic więcej.
Dlatego pogrążyłam się w czarnej rozpaczy, gdy pan Mąż oznajmił mi, że nie ma zamiaru po raz setny spędzać urlop w górach, i postanowił zabrać nas nad morze. A ponieważ ja dostaję białej gorączki gdy siedzę i nic nie robię, krakowskim targiem stanęło na pomyśle aktywnego spędzenia urlopu nad morzem.
Czarna rozpacz i biała gorączka poprowadziła nas rowerem od Świnoujścia aż po Hel.
Początkowo postanowiliśmy trzymać się międzynarodowej drogi rowerowej R10 prowadzącej wzdłuż wybrzeża Bałtyku, ale życie i warunki drogowe skutecznie weryfikowały nasze plany.

Na realizację naszego pomysłu poświęciliśmy dwa tygodnie, co w zupełności wystarczy aby dziennie pokonywać 40-50km. W założeniu mieliśmy się nie przemęczać, nie spieszyć, nie cisnąć, chcieliśmy coś zobaczyć, ewentualnie zdążyć się wysuszyć gdyby okazało się, że pogoda jest taka a nie inna, i kiblujemy gdzieś dzień dłużej. Dlatego też zdecydowaliśmy się na wyjazd w połowie lipca, gdzie noce są względnie ciepłe.

Ponieważ jadąc rowerem przez wybrzeże musieliśmy ograniczyć ilość zabieranego bagażu, rzutem na taśmę aparat został w domu, a zdjęcia były robione skarpetką.

Jak Ruda jechała ze Świnoujścia na Hel.

Pierwszym zaskoczeniem była cena biletu PKP na trasie Warszawa-Świnoujście. Wraz z rowerem i wykupioną miejscówką wyszło niecałe 60zł w jedną stronę za osobę. Nie kupowaliśmy też biletu na powrót (z Trójmiasta) ponieważ sami nie byliśmy pewni kiedy i czy w ogóle ;) uda dotrzeć się nam do celu.
Drugim zaskoczeniem był wagon, którym mieliśmy jechać - zamiast bezprzedziałowego przyjechał zwykły. Bez miejsc na rowery, a rowerów, oprócz naszych jechało jeszcze z 5. Trzecim - brak wolnych miejsc, choć mieliśmy je zarezerwowane, a czwartym - legendarna punktualność kolei. Nie polecam ustawiania zegarków według odjazdów, choć tutaj autentycznie zaskoczeniem był fakt, że wyjeżdżając z ponad czterdziestominutowym opóźnieniem z Warszawy, do Świnoujścia dojechaliśmy tylko 3 minuty po czasie. Da się? Jak widać da się.
Mało brakowało aby ośmiogodzinna podróż minęła nam w takich warunkach

Dzień 1: Świnoujście - Międzyzdroje (30km)


Link do powiększonej mapy rowerowej: https://www.endomondo.com/routes/984206786

Po dotarciu na miejsce i zapakowaniu dobytku na rowery udaliśmy się na objechanie miasta. Co ciekawe (dla mnie ;) ), połączenia promowe pomiędzy obiema częściami Świnoujścia są darmowe.
Sesja zdjęciowa na granicy musiała się odbyć.



 Następnie udaliśmy się do jednej z atrakcji w Świnoujściu, mianowicie wiatraku, który znajduje się na końcu Falochronu Zachodniego u ujściu rzeki Świny. Wiatrak ten nie jest tak naprawdę wiatrakiem, a stawą (znakiem nawigacyjnym), z którą wiąże się pewna legenda.
wiatrak Świnoujście, stawa młyny, r10, ze świnoujścia na hel
Stawa Młyny

wiatrak Świnoujście, stawa młyny, r10, ze świnoujścia na hel
Świnoujście, Stawa Młyny
Początek międzynarodowej drogi rowerowej R10 w Świnoujściu. A stamtąd pojechaliśmy prosto do Międzyzdrojów. Dzisiaj obyło się bez przygód.

Ponieważ post jest masakrycznie długi, jeśli chcesz go przeczytać do końca, kliknij "Czytaj dalej"

7 sie 2017

Szampon do swędzącej skóry głowy

Dzisiaj krótko(?), na temat i kosmetycznie.
(meritum w drugiej części postu, więc jeśli nie chce Ci się czytać wstępu - przewiń ;) )



Kilka lat temu, gdy Internet jeszcze raczkował, a na półkach sklepowych z "kosmetyków" naturalnych można było dostać sodę i ewentualnie cytrynę, byłam przekonana, że moje włosy należą do tych przetłuszczających się. Z tego faktu stałam się posiadaczką szamponu, który... no właśnie, który spowodował moją walkę ze swędzącą skórą głowy aż do teraz.

Po jego użyciu, KAŻDY następny szampon, który tylko użyłam, powodował okropne swędzenie skóry głowy. W zależności od szamponu, swędzenie głowy pojawiało się przy dobrych wiatrach do kilkunastu godzin po umyciu włosów. Przy złych - nie zdążyłam dobrze wysuszyć włosów, gdy myślałam, że zadrapię się na śmierć.
Oczywiście ze swędzeniem wiązało się stałe podrażnienie ( i rozdrażnienie) oraz niegojące się ranki, strupki, łupież i inne cuda. I jeszcze to przetłuszczanie...

Ile ja stron w Internecie przekopałam, ile poradników nie przeczytałam, to tylko ja wiem. Ba! nawet zaliczyłam wizytę u dermatolog, która (wizyta i dermatolog) jak widać nie na wiele się zdała. Jedyne co poleciła, to kupienie w aptece szamponu do wrażliwej skóry głowy. Co z tego, że wydałam 40zł za niewielkich rozmiarów butelkę, jak efekt był mizerny i głowa po myciu swędziała jak wcześniej. Gdyby chociaż zadziałał, w akcie desperacji byłam skłonna zapłacić za szampon jak za zboże.

Innym razem na pewnym kobiecym forum dziewczyny zwróciły mi uwagę, by wybierać szampony bez SLS i SLES - są to detergenty myjące, powodujące pienienie się szamponu, choć mylne jest przekonanie, że jeśli szampon mocno się pieni - lepiej działa.
Kupiłam.
I co? Guzik.
Kolejna poleciła aby unikać połączenia Cocamidopropyle Betaine (łagodnej substancji myjącej) ze wspomnianym wcześniej SLS - dosyć często spotykanego w szamponach.
Nie.
Szampony dla wrażliwców?
Pudło.
Przeciwłupieżowe?
Niet.

Aż pewnego pięknego popołudnia, bodajże na wspomnianych we wcześniejszym poście dermokonsultacjach, babeczka poradziła mi aby przeciwdziałać swędzeniu skóry głowy, skupić się na szamponach nawilżających. Z jak najbardziej naturalnym składem of kors ;)

Dlaczego to szampon nawilżający działa na swędzącą skórę głowy?

Ponieważ podstawowym błędem jaki popełniałam podczas pielęgnacji włosów było zbyt mocne czyszczenie skóry głowy. Rachunek był prosty - skoro włosy się przetłuszczają, oznaczało to, że trzeba je jak najdokładniej oczyścić. Detergenty zmywały warstwę lipidową, przesuszona skóra głowy, aby odbudować warstwę ochronną, pobudzała gruczoły do pracy i błędne koło się zamykało.

...i tak do usranej.

I jak Babcię kocham, odkąd wywaliłam (oddałam tudzież zużyłam w innych celach) wszystkie szampony do włosów przetłuszczających się, i kupiłam szampon nawilżający. Nie powiem, że mój problem zniknął jak ręką odjął, ponieważ zdziwiłabym się gdyby tak było po kilku latach nieprawidłowej pielęgnacji, ale jest lepiej. O niebo lepiej.
Dlaczego nie podaję konkretnej marki? Bo żaden nawilżający szampon jaki używam (bez SLS/SLES) krzywdy mi nie zrobił.

Miało być krótko i na temat. Wyszło jak zwykle.
A jak wygląda Wasza historia? :)

Ruda Wredna

3 sie 2017

Rude zwiedzanie Rzymu cz. 4 - rzymskie osobliwości

i ostatnia. :)

Było co nieco o mieszkaniu i komunikacji miejskiej w Rzymie:

kilka wskazówek przydatnych podczas zwierzania Wiecznego Miasta:

o muzeach i innych atrakcjach


A dzisiaj słów kilka na temat rzymskich osobliwości, które mnie zaskoczyły.


1. Rzym nie jest taki drogi jakby się wydawało!

O czym wspominałam przy okazji komunikacji miejskiej w pierwszym wpisie.
Ale to samo tyczy się jedzenia na mieście.
Włosi znani są z zamiłowania do kawy i rogala na śniadanie. W zasadzie to problem jest aby z samego rana dostać coś innego jak croissanta z małą czarną. I nie ma w tym nic dziwnego, bo za podobny zestaw w kawiarni (coffee latte* i croissant z czekoladą) w najdroższym miejscu, to koszt około 1,5€. Jeśli gdzieś w Warszawie kupię ciastko i kawę w cenie 1,5zł** to dajcie namiary - będę tam pierwsza.
* przy zamówieniu coffee latte wielkie znaczenie ma słówko "coffee". Jeśli poprosicie samo "latte" = dostaniecie mleko :)
** nie ma sensu przeliczania złotówek na euro - stosunek 1:1 - zarabiam w euro - wydaję w euro. Zarabiam w złotówkach - wydaję... i tak dalej.
kawa i rogal o poranku

Podobnie sytuacja ma się w knajpach - oczywiście, że można trafić, gdzie za makaron płaci się jak za zboże, ale w cenie 8€ spokojnie można dostać fajną pizzę z dodatkami.
vege pizza z ziemniakiem

2. Nikt nie każe płacić sobie za skorzystanie z toalety...

...a "tap water" jest darmowa. To znaczy, że jeśli nie masz taką potrzebę, możesz poprosić o szklankę wody "kranówki".
A jeśli szukasz toalety - przy żadnej nie stoi babcia klozetowa pobierająca opłatę za wejściówkę, tylko grzecznie zostaniesz poprowadzony do miejsca.

3. Darmowa woda na ulicy

Co prawda rzuciła mi się w oczy wyłącznie w okolicach Colosseum, ale przyznaję się, że nie rozglądałam się zbytnio - budka, gdzie można uzupełnić swoją butelkę wodą. Mało tego - do wyboru jest zwykła lub gazowana.

4. Powszechne są też inne automaty pierwszej potrzeby. :)

lef, seks, dziureks

5. Konsternacja w toaletach.

Jeśli kiedykolwiek wejdziecie do wspomnianej już wcześniej włoskiej toalety i zechcecie spuścić wodę - poszukajcie guzika w ścianie.
Chcecie umyć ręce? Kran na czujkę byłby zbyt oczywisty. W rzymskich restauracjach woda leci na pedał! :)
Co w sumie ma sens, bo nie trzeba później dotykać brudnych kurków.

6. W Rzymie papugi są nie mniej powszechne jak wróble!

Z tą różnicą, że skubane są piekielnie szybkie i nieźle maskują się w liściach.


Znajdź papugę

7. I rosną palmy!

Niby oczywiste, ale... :D


14 lip 2017

Dermokonsultacje od Sylveco

W przerwie pomiędzy widokówkami z Rzymu, chciałam się podzielić z Wami moim, co prawda nie-najnowszym odkryciem, które dotyczy codziennej pielęgnacji. Konkretniej chodzi o darmowe dermokonsultacje Sylveco, w których miałam przyjemność tygodniu brać udział w tym tygodniu.

Już od dłuższego czasu staram się nie używać kosmetyków typowo drogeryjnych, a postawić na te z bardziej naturalnym składem.
Daleko szukać nie musiałam ponieważ na naszym podwórku jest dość bogaty wybór. A konkretniej mam na myśli firmę Sylveco produkującą także naturalne kosmetyki pod marką Vianek czy Biolaven. Firma polska, kosmetyki naturalne, ceny przystępne... czegóż moja dusza aspirująca do życia w zgodzie z filozofią slow life potrzebuje więcej?

Często w Internecie, na forach czy grupach można spotkać pytania cóż to takiego są te dermokonsultacje i z czym to się je, czy podczas spotkania bija gryzą i ile to kosztuje?

Na czym więc polegają deromokonsultacje Sylveco?

Najprościej mówiąc - w wybranych punktach aptecznych czy drogeriach w różnych miastach Polski (lista aptek i innych punktów w których aktualnie odbywają się dermokonsultacje znajduje się na stronie producenta Sylveco.pl) organizowane jest coś w rodzaju pokazu, gdzie konsultantka na podstawie prostej analizy skóry dobiera kosmetyki z gamy Sylveco - Vianek - Biolaven.


Analiza ta odbywa się poprzez badanie skóry za pomocą specjalnego "pisaka". Wskaźnik określa ilość nawodnienia oraz natłuszczenia skóry twarzy.
Dzięki temu "badaniu" okazało się, że mam skórę suchą, choć całe życie byłam święcie przekonana, że jest mieszana ze wskazaniem na tłustą. Fakt ten całą moją pielęgnację przewrócił do góry nogami. Do tej pory stawiałam na ponieważ przesuszając i tak już suchą skórę, gruczoły produkowały sebum ze zwiększoną ilością, co rzeczywiście mogło dawać wrażenie przetłuszczania się mojej cery.

Ile to kosztuje?
Na dobrą sprawę to nic, ponieważ podczas dermokonsultacji, nie ma obowiązku kupowania czegokolwiek. Nawet jeśli jest się niezdecydowanym, pani konsultantka chętnie podrzuci kilka darmowych próbek, a nuż klientka po wypróbowaniu zdecyduje się na zakup pełnego produktu. Dodatkowo przy zakupie powyżej 50zł dorzucany jest drobny upominek w postaci dodatkowego kosmetyku - w tym miesiącu jest to tonik/mgiełka do twarzy Vianek. Co będzie w przyszłym? - czas pokaże. :)
Zaraz pewnie odezwą się głosy na temat sprytnej reklamy i wciskania kitu, więc ja powtórzę - nie chcesz, nie kupuj, ze sklepu wypuszczą Cię tak czy tak.
Czy kit? Mi kosmetyki Vianek służą. Służą nawet o wiele lepiej niż te rozreklaowane na pół świata. Dobrze dobrane nie wysuszają mnie, nie mam również uczucia ściągniętej skóry po oczyszczaniu.
Czy kosmetyki Sylveco są dla wszystkich? Na pewno nie. Jeśli masz uczulenie na naturalne składniki np. rumianek - musisz uważać na skład.
Czy dermokonsultacje są dla wszystkich? - z całą pewnością :)

Ruda Wredna

13 lip 2017

Rude zwiedzanie Rzymu cz. 3 - Muzeum Watykańskie i inne atrakcje

Jak to się stało, ze Ruda pojechała zwiedzać Rzym i co nieco o komunikacji w Rzymie: https://tomiejscenamapie.blogspot.com/2017/06/rude-zwiedzanie-rzymu.html

Do części drugiej: https://tomiejscenamapie.blogspot.com/2017/07/rude-zwiedzanie-rzymu-cz-2.html

A dzisiaj o zwiedzaniu Rzymu i Watykanu i dlaczego nie korzystaliśmy z wycieczek zorganizowanych.


Śmiem twierdzić, że głównym powodem dla którego nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie Rzymu z przewodnikiem jest fakt, że nie lubię być uzależniona od nikogo i niczego. Nie wyobrażam sobie też iść sznureczkiem za panią przewodnik, która pędzi pomiędzy ekspozycjami, bo płacą jej tylko za 2 godziny oprowadzania. A kolejna grupa czeka.
Poza tym, jeśli chodzi o sam Watykan, z tego co udało mi się dowiedzieć, decydując się na wykupienie wycieczki na miejscu, z przewodnikiem w języku polskim, jesteśmy "skazani" na konkretną godzinę (bodajże 13), która przynajmniej dla nas, była mało dogodna, bo w środku dnia - rano nic się nie zrobi, a po południu też lipa
To główne powody.
Kolejka do Muzeum Watykańskiego

Wyjątek od tej zasady chcieliśmy zrobić w Watykanie.
Według wujka Googla, Muzea Watykańskie najlepiej zwiedzić w poniedziałek, w godzinach przedpołudniowych, ponieważ według niego jest to najmniej oblegany czas (stan na kwiecień/maj 2017). I tak też zrobiliśmy. Gdy tylko wyszliśmy z metra na stacji Ottaviano, zostaliśmy zalani propozycjami zwiedzania Watykanu na zasadzie "skip the line", która polega na kupieniu biletu nie w kasie, a u certyfikowanego "przewodnika", tudzież przewodniczki, z którą to potem zwiedza się daną atrakcję, przy okazji nie stojąc w kolejce do kasy, a potem do wejścia. Brzmi spoko, szczególnie, że ów pani zaręczała nas, że kolejka to około 3 godzin oczekiwania.
Co prawda, w te trzy godziny nie chciało nam się wierzyć, ale gdy tylko pojawiliśmy się pod murem watykańskim, a ogonek turystów owijał się wokół niego kilka razy, nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że Gugiel nas oszukał, a pani nie.

Przerażona wizją stania w kolejce pytam się owej pani, ile przyjemność zwiedzania u niej kosztuje. 50 (!!!) ojrosów - odpowiada. Szczęka moja z hukiem upadła na ziemię, ponieważ wejście do Muzeum Watykańskiego to koszt 16. Trzy razy pytałam się czy na pewno. Trzy razy potwierdziła. W cenie pakietu za 50€ znajduje się:
- wejście do muzeum poza kolejnością
- przewodnika prowadzającego w języku angielskim
- zwiedzanie Kaplicy Sykstyńskiej
- zwiedzanie Bazyliki Świętego Piotra.
Wszystko fajnie, ale zarówno muzeum jak i kaplicę oraz bazylikę mam w cenie 16€. Rachunek jak dla mnie był prosty, choć możliwość ominięcia kolejki do kasy była bardzo kusząca, bo oczekiwanie tyle czasu w ogóle nie wchodziło w grę.
Podziękowaliśmy. Nawet nawoływanie za nami, że dostaniemy rabat 5€ nie zmieniło naszego zdania.
Śmialiśmy się, że pani ze zdjęcia nie doczekała się końca kolejki do muzeum

Polski akcent w Watykanie. Oryginał.

Cóż było robić? Postanowiliśmy zasięgnąć języka w jednym z punków informacji turystycznej. Okazało się, że istnieje możliwość wykupienia na kilka dni do przodu, wejściówki do muzeum z przewodnikiem aby ominąć kolejkę, po czym dostajemy swój bilet i idziemy w swoją stronę, bez deptania za panią. Opcja bardzo ciekawa, i o połowę tańsza. Zdecydowaliśmy się.
Czy było warto?
Moim zdaniem tak, jeśli ktoś nie chce tracić życia w ogonku, a nie decyduje się na wycieczkę zorganizowaną. Co więcej, kiedy "nasza przewodniczka" opuszczała muzeum, my byliśmy w połowie zwiedzania. A kwestia opisów? Ja jestem gorącą zwolenniczką audioprzewodników, które rozwiązują ten problem. :)

Wiem, że bilet do Muzeum Watykańskiego można kupić online, ale wiąże się to z opłatą dodatkową (od 2 do 4€) i nie zwalnia nas ze stania w kolejce do kasy z biletami kupionymi online.
Oficjalnie jest zakaz fotografowania w Kaplicy Sykstyńskiej


Powyższą sytuacje można odnieść do większości popularniejszych miejsc na mapie Rzymu - na przykład opisywany przeze mnie wcześniej pan spod Collosseum.



Co warto wiedzieć podczas zwiedzania muzeów w Rzymie:

- pytajcie się o zniżki. Naprawdę, jeśli chodzi o atrakcje turystyczne, w większości obowiązuje szereg zniżek i bonifikat - np. zniżka dla studentów na podstawie ważnej legitymacji studenckiej
zniżka dla nauczycieli - również na podstawie legitymacji
dla dzieci - te do 15 roku życia wstęp do niektórych punktów mają za darmo.
Super.

- sprawdźcie, czy w dniu w którym macie zamiar zwiedzić daną atrakcję jest ona czynna. My tak nacięliśmy się na Villa Borghese, która była zamknięta z powodu... Nie podali powodu. Zamknięte przez tydzień i już.

- nie ulegajcie pierwszej-lepszej osobie, która oferuje Wam za wielokrotność normalnego biletu cuda na kiju. Cudów nie będzie, ewentualnie kij. Rozejrzyjcie się, potargujcie.

- sprawdźcie godziny w których jest szansa na to, że dana atrakcja jest najmniej oblega. Najczęściej jest to zaraz po otwarciu i wieczorem.

- korzystajcie z audio-przewodników - wówczas zwiedzacie wszystko swoim tempem.

A gdy już będziecie pod Watykanem, serdecznie polecam lodziarnię Old Bridge Gelateria, gdzie podają najlepsze lody w całym Rzymie - do każdej wielkości można poprosić 3 smaki.
A pan z obsługi świetnie mówi po polsku. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

staty