16 lip 2014

Zrób sobie dżem... lub inną konfiturę

Uwielbiam lato!
I to bynajmniej nie ze względu na temperatury, bo tradycyjnie bywa za gorące lub za zimne ;)
Ale za ferie barw, zapachów i smaków, powszechny dostęp do warzyw i owoców, i bliskość bazarku. I kawałek Babcinej działki.
Ze względu na to, jak już chwaliłam się, że rezygnuję (przynajmniej po części) z tego co niezdrowe i biorę półprodukty w swoje ręce (do tej pory ogarniam coś takiego jak samodzielne pieczenie chleba), a może z powodu stetryczałości, wraz z panem mężem wzięliśmy się za robienie przetworów.
Nie miałam pojęcia że to proste jest - kuchnia cała, pan mąż zresztą też. I co najważniejsze - nie było dużo garów do zmywania :D
Tylko kocur zawiedziony, bo nic dla niego.

3 lip 2014

Jak Ruda na Giewont szła

Szła, i to nawet kilka razy.
Giewont
Giewont

Mój pierwszy raz... na Gejwoncie

Bo musicie widzieć, że tych razów było kilka. Pierwszy - delikatnie mówiąc - był nieudany. Jak większość z pierwszych razów.
Będąc stuprocentową ceperką (gdzie wejście do schroniska uznawałam za wyczyn, a czasy przejść były dla mnie wzięte z kosmosu - żeby nie powiedzieć, że z d*py) wtoczyłam się na Kondracką Przełęcz w godzinach wczesno przedpołudniowych. I to był błąd, bo kolejka na szczyt zaczynała się od Wyżniej Kondrackiej Przełęczy (15' od tej pierwszej). W kolejce jak za PRL'u ustawiali się i starzy i młodzi, i w klapkach, sandałach i w wyczesanym górskich okryciu. Mężczyźni, kobiety, kobiety z dziećmi, kobiety z mężczyznami, mężczyźni z dziećmi z kończynami w gipsie... Po szybkiej kalkulacji, jeszcze szybszym krokiem zrobiliśmy odwrót i poszliśmy robić tłum gdzieś indziej.


Drugi raz na Giewoncie

krzyż na Giewoncie
Krzyż na Giewoncie
Był zarazem razem niezapowiedzianym i wyniknął z przedłużającego się wypadu na Ciemniak i Czerwone Wierchy. Na szczyt weszliśmy wraz z wybiciem godziny 18. Byłam ja, pan Luby i dwóch innych człowieków, bez których nie mielibyśmy zdjęcia pod krzyżem. ;)
Wówczas też zmieniłam zdanie co do Gejwonta - jest to naprawdę sympatyczna góra, o zmiennym terenie, ciekawa, miejscami trudnawa (mam na myśli wyślizgane przez tysiące par butów skały).
Z powodu swojej bliskości i jakby nie było, stosunkowo łatwego dostępu (nie, nie wjeżdża tam kolejka, jak niektórzy sądzą) - szlak prowadzący na szczyt Giewontu jest zniszczony i zanieczyszczony.












Do trzech razy sztuka - Ruda po raz trzeci 

Giewont od Doliny Małej Łąki
od Doliny Małej Łąki
Ze dwa lata temu. Wzorem naszych doświadczeń wybraliśmy się dość późno, lecz nadal zbyt wcześnie (około 16), aby ominąć te tłumy walące na narodową górę Polaków. W zasadzie jedynym plusem tej wycieczki było napotkanie niedźwiedzia z małym dźwiedziem, prawie pod samym szczytem. Jednak i to spotkanie okraszone było burackimi okrzykami przerażonego na widok niedźwiedzia tłumu (patrz Mietek, niedźwiedź, dawaj aparat!)


Jak dostać się na Giewont?

Jest AŻ 5 (naciąganych :P ) sposobów, by dostać się na Giewont.
1. Z Kuźnic przez Halę Kondratową bezpośrednio na Kondracką Przełęcz - od wylotu doliny, większość trasy pokonuje się kamiennymi schodami. Łatwo, ale męcząco. Od Kuźnic dla normalnych - ze 3h drogi, dla pozostałych - ciut ponad 2 w jedną stronę
2. Czerwonym szlakiem z Doliny Strążyskiej - trudniejsza wersja ze względu na obsypujący się żwir pod koniec trasy i z tego co pamiętam - krótkie odcinki złożone z nachylonych prawie pionowo, ale w miarę dobrze wyżłobionych płyt skalnych.

Szlak na Giewont od Doliny Strążyskiej
Szlak na Giewont od Doliny Strążyskiej

3. Od Doliny Małej Łąki - żółtym - nie szłam.
4. Wjeżdżając na Kasprowy i odbijając na zachód. (bajecznie prosty)
5. Z Tatr Zachodnich idąc granią Czerwonych Wierchów. - jeśli ktoś lubi na długo.
W tym momencie, pisząc ten post, na światło dzienne wydobył się skrywany w podświadomości fakt, skąd się biorą te tłumy na Giewoncie. Tylko windy brakuje.
Giewont od Czerwonych Wierchów

Od Kondrackiej Przełęczy Wyżniej zaczynają się schody, a przy samym szczycie - łańcuchy, po których nie ma co ukrywać - większość tamtejszych turystów, nie ma pojęcia w jaki sposób się poruszać.
Poza tym, Giewont jest doprawdy nieodpowiednim miejscem dla japonek, klapek, czy nawet adidasów, które nie mają bieżnika, to nie rewia mody, zostaw Conversy w domu. To nie łańcuchy są "groźnie" - przecież ich zadaniem jest ułatwienie wejścia na szczyt, a skała, która aż lśni od wyszlifowania. Jak głupota ludzka. Nie raz widziałam zapłakane dzieci, które nie chciały wchodzić wyżej. Nie raz widziałam zakrwawione kolana "bo się noga omskła", nie raz widziałam ludzi schodzących/wchodzących!!! na czworakach, bo wysoko. Nawet raz (o niebiosa!) widziałam bardzo młodego człowieka z ręką w gipsie, bo przygłupi tatuś zaplanował małą wycieczkę.

Na zakończenie

Podsumowując, wbrew wszelkim obiegowym opiniom o Giewoncie, szczyt jest sympatyczny. To ludzie tworzą klimat w górach, a ze względu na ulokowanie Giewontu, i tłumach naprawdę przypadkowych turystów - jest jaki jest. A jest zaśmiecony, zatłoczony, wyślizgany przy wierzchołku.
Przy niewielkiej liczbie turystów - bardzo zróżnicowany, z ciekawym widokiem na Zakopiec i szansą spotkania dźwiedzi i kozic. Bez kolejek i bez strachu, że ktoś zepchnie w przepaść.

23 cze 2014

8 największych górskich kłamstw

Każdy, kto chodzi po górach, bez różnicy jest czy wyższych, czy niższych, napotykając człowieka podążającego w przeciwnym kierunku (czyli jest duża szansa na to, że wraca z miejsca, do którego my właśnie idziemy) miał do czynienia z jednym z największych powtarzanych przez wszystkich kłamstw górskich.
Uwaga na nieparlamentarne słownictwo.
blog nie tylko o górach

Moja subiektywna lista została stworzona na podstawie własnego (marnego?) doświadczenia, po kilometrach rozczarowań, zaskoczeń i nie-wiem-co-mam-myśleń.


Pierwsze z tych kłamstw i kłamstewek, dotyczą odległości:


1. Już niedaleko/z 10 minut
Jak niedaleko, jak daleko? Być może moje pojęcie odległości różni się od tego ogólnie przyjętego przez społeczeństwo. A może tym co idą w dół zakrzywia się czasoprzestrzeń, wszak schodzącemu, dziwnym trafem zawsze jest bliżej ;)

2. Jeszcze ze 2 zakręty
A potem jeszcze dwa... i kolejne dwa... i jeszcze... aż do za*ebania.

3. Już jesteście prawie na miejscu
Ależ oczywiście. Ze szczególnym naciskiem na prawie. Ktoś zmierzył ile to jest to "prawie"?


Kolejne górskie kłamstwo jest typowo pogodowe:

4. Trochę "pizga" na górze
"Trochę" jest mało powiedziane. Najczęściej łeb urywa przy samym odwłoku, w najlepszym przypadku jeszcze napada do środka.


"Kłamstewka" dotyczące samej trasy i jej jakości (czy też jej braku)

5. Nie jest strasznie trudno
No pewnie, pod warunkiem, że ktoś ma nogi do samej ziemi, a rękami może podrapać się po piętach. Stojąc. Zwykły, wymiarowy człowiek w takich momentach najczęściej ma krótki problem. Albo podsadzacza w postaci męża, chłopaka, lub innego nieszczęśnika, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. O obsuwających się spod nóg kamieniach nie warto wspominać. Tym bardziej o zatorach ludzkich, które są bardziej upierdliwe, niż wszystko co wyżej razem wzięte.

6. Dobrze/szybko się schodzi
Pewnie, na sankach i zimą.

7. Tą stroną jest łatwiej
Może. Nie dla mnie.

8. Nie ma dużo ludzi na szczycie
Szkoda tylko, że:
a) ów szczyt jest mało pojemny.
b) pozostali się teleportowali.

A Wy? Ściemniacie? ;)

14 cze 2014

Co jeśli nie chipsy? - moja 5

Studia to zdradliwy czas.
Szczególnie, gdy się człowiek uczy. Albo przynajmniej udaje, że się uczy.
Nie wiem jak inni, ale ja, siedząc nad książkami, a potem odmóżdżając się w weekend przy filmie, zagryzałam czas chipsami popijając je jakimś piwnym wynalazkiem. I tak w krótkim czasie, Luby postanowił zamienić kaloryfer na bojler, a mi przybyło na wadze około 8 kilogramów. Nie wiem gdzie, (to znaczy wiem gdzie - na brzuchu i biodrach) nie wiem kiedy i za jakie grzechy mnie tak pokarało.

Chipsy

No właśnie. W teorii - ziemniak, trochę soli i oleju. A w praktyce?

chipsy paprykowe producenta na literę "L"
ziemniaki, olej roślinny palmowy, olej roślinny słonecznikowy, preparat aromatyzujący o smaku papryki [bułka tarta pszenna, papryka w proszku, cukier, fruktoza, maślanka w proszku (z mleka), cebula w proszku, wzmacniacze smaku (glutaminian monosodowy, 5'-rybonukleotydy disodowe), aromaty, aromaty dymu wędzarniczego, czosnek w proszku, barwnik (ekstrakt z papryki), mączka drzewa świętojańskiego, regulatory kwasowości (kwas cytrynowy, kwas jabłkowy)], sól
Pychota!
Nawet jeśli znajdziemy chipsy solone, zwykłe, z ziemniaka i soli, jak pan producent przykazał, jaką mamy pewność, że tłuszcz na którym zostały usmażone, jest świeży? Żadną.
Bólu dupy (dosłownie, szczególnie, gdy ta rośnie) dodaje fakt, że na porcji chipsów (tak pięknie opisanej na opakowaniu), nigdy się nie kończy. Cóż to jest 150kcal na porcję (30g)? A paczka jest ze cztery razy większa. I tak oto w magiczny sposób, ze 150 kilokalorii, robi się od 500 do (mój rekordzista) 800 kcal. W chipsach. W tej niewinnej paczuszce, w większej części wypełnionej powietrzem.
Żrąc taką paczkę raz w tygodniu, za rok okazuje się, że na wadze my, i nasza paczka ma +6kg.

Co zamiast chipsów?

Dzięki własnemu doświadczeniu, wiem, jak trudno jest wyjść z chipsowego nałogu, ale jak mówi stare góralskie porzekadło: dla chcącego nic trudnego. W Internecie jest mnóstwo propozycji na zdrowe przekąski, które można przegryzać w czasie filmu. Część z nich jest banalnie proste do przygotowania, część wymaga nieco większego wkładu pracy.
A co jeśli ktoś jest leniem, jak ja?
Na lenistwo mam 5 (bardzo) szybkich propozycji, które, uprzedzam, nie zadowolą ortodoksów ;) :

zamiast chipsów

1. Nie całkiem nie-zdrowy popcorn:

Ale nie ten do mikrofalówki, a ten w małych paczkach, prażony z dodatkiem niewielkiej ilości tłuszczu, lub w ogóle bez jego udziału, okazuje się, że nie jest taki straszny, jak go prażą.
W 100 gramach prażonego bez oleju popcornu jest około 380 kcal. Z olejem - nie ma co się oszukiwać - sporo więcej, bo około 500.
W takim razie, czym popcorn różni się od chipsów? A ktoś próbował zjeść 100 gramów ziaren na raz? Ja. I nie mogłam, choć potrafię wiele. Jest o wiele mniej tłuszczu. I soli, bo mamy kontrolę nad tym co i ile dosalamy. Szklanka popcornu waży około 10-15 gram. Ile tych szklanek jest się w stanie pochłonąć? Mniej niż 10.
Ponadto prażone ziarna kukurydzy są cennym źródłem błonnika oraz witaminy B, a  dzięki wysokiej zawartości polifenoli prażona kukurydza zapobiega chorobom serca oraz nowotworom.

2. Marchew (i inne świeże warzywa)

Pokrojona w paski, talarki, do wyboru do koloru. Pomimo zawartości cukrów, nadal lepsza od batona. Dla bardziej wybrednych z sosem jogurtowo-czosnkowym lub hummusem. Surowa - 35kcal na 100g.

3. Kalarepa -

- mój zdecydowany faworyt, dlatego doczekał się oddzielnego punktu. Odkrycie roku. Mało kto pamięta o kalarepie, jeszcze mniej osób wie, że zawiera ona m.in.: sód, potas, magnez, wapń, mangan, żelazo, miedź, fosfor, chlor, jod, karoteny, witaminy: B1, B2, B6, C; kwasy: nikotynowy, pantotenowy, foliowy, szczawiowy - to za Wikipedią ;)
Delikatna w smaku, sycąca, niedroga, zawierająca zawrotne 27 kilokalorii w 100 gramach.
Wyrośnięte osobniki mogą mieć zgrubiałe włókna, które łatwo można usunąć.

4. Frytki

Ziemniaki są kaloryczne!
Nieprawda.
Nie pomyliło mi się, być może głoszę herezje. Mit ten prawdopodobnie rozpowszechnił się z powodu, że w większości domów, ziemniakom towarzyszą hektolitry dodatków w postaci masła, sosów, skwarów i innej omasty. Same w sobie są lekkostrawne, a niedługo gotowane zachowują bogactwo witamin: A, B1, B2, B3, B6, C, E, K i PP oraz składników takich jak potas, błonnik, magnez, wapń, fosfor i żelazo. 
Jeśli chodzi o fryty - jak zwykle musi być jakieś ale:
po pierwsze: muszą być zrobione, najlepiej własnoręcznie,
po 2: nie mogą być smażone na głębokim oleju.
po 3, 4 i 5: umiar, umiar i jeszcze raz umiar. Nie mogą być towarzyszem każdego filmowego wieczoru.

Sam kartofel ma około 75kcal (w 100 gramach rzecz jasna). Po upieczeniu (po poddaniu go obróbce termicznej - bo tak mądrzej brzmi), jego kaloryczność wzrasta do około 95kcal. Domowe frytki można upiec w piekarniku, delikatnie maznąć je oliwą z oliwek, aby się zarumieniły i były chrupiące - kalorie troszkę rosną, a du*a nie tak bardzo jak po chipsach czy innych paluszkach, a z solą postąpić jak w przypadku popcornu ;)

5. Arbuz - wytypowany przez Lubego

Za którym osobiście, delikatnie mówiąc - nie przepadam, a sam zapach przyprawia mnie o odruch kota pozbywającego się bezoaru.
Pomimo tego, że nie zawiera zbyt wielu witamin i składników mineralnych, składa się w ponad 90% z wody, przez co działa moczopędnie, dbając o układ moczowy. Przyspiesza spalanie materii, obniża ciśnienie krwi, a zawarte w nim przeciwutleniacze, opóźniają procesy starzenia się organizmu.
Świetnie chłodzi w gorące dni, i daje w czapę nasączony wódką ;)
zamiast chipsów
Dodaj napis

Wniosek:
Nie idźcie na studia, nie oglądajcie filmów, albo nie jedzcie chipsów ;)

8 cze 2014

Hummus hummus hummus

przygotowanie hummusu

Jakby ktoś chciał coś powiedzieć, a w ostatniej chwili się powstrzymał i wyszedł mu bełkot.
Pierwszy raz hummus jadłam całkiem niedawno, ale zrobił na mnie i na moich kubkach smakowych, takie wrażenie, że w te pędy poleciałam do zieleniaka zaopatrzyć się w cieciorkę.




A czymże jest hummus?


ciecierzyca, cieciorka, na hummus
Hummus to pasta wykonywana ze zmielonych ziaren sezamu (pasty tahini) i ciecierzycy (zwanej także cieciorką). Pochodzi gdzieś ze wschodu, i poza tym, że śmierdzi czosnkiem, jest pyszna. :)
Sama ciecierzyca jest rośliną strączkową zwaną również grochem włoskim. Popularna szczególnie wśród wege-ludków, ponieważ ze względu na to, że dzięki bogatemu składowi aminokwasowym, cieciorka jest świetnym zamiennikiem mięsa. Oprócz tego, jest sycąca, zwiera duże większość witamin z grupy B, żelazo, potas, fosfor, błonnik i tak dalej.

ciecierzyca, cieciorka, na hummus

Przygotowanie hummusu


Od razu zaznaczę (bo wszędzie, gdzie poszukiwałam przepisu na hummus idealny, okazywało się że początek nie jest taki hop-siup), że przygotowywanie hummusu należy zacząć dzień wcześniej. Ale o tym dalej.

Zaopatrz się w:
- pastę tahini* (sezam ok. 5 łyżek)
- cieciorkę (szklanka)
- 3-4 ząbki czosnku (zależy, czy komuś przeszkadza czosnkowy oddech)
- olej sezamowy (ok. 3 łyżek)
- sok z cząstki cytryny
- sól
- blender - bez niego, ani rusz!

Pasta tahini
To drobno zmielone ziarna sezamu z dodatkiem oleju sezamowego (lub innego roślinnego).
Aby ją przygotować, wystarczy: 
  1. na patelni zarumienić sezam, uważając coby się nie zjarał, bo będzie niejadalny.
  2. przesypać sezam do wysokiego naczynia
  3. zblendować na gładką masę, dodając po trochu oleju. Gdy masa jest za sucha, należy dolać olej lub odrobinę wody.
  4. i voila.

ziarna sezamu

Pastę sezamową można bez problemu kupić w sklepie, a z tego co mi wiadomo - tą domową przez stosunkowo długi czas - trzymać w lodówce.

tahini
niezbyt dokładnie zmielona tahini

Lecimy dalej:
Szklankę ciecierzycy należy uprzednio namoczyć (najlepiej dzień wcześniej), aby ziarna mocno napęczniały. Następnego dnia, te same ziarna należy obgotować (ja to robię z odrobiną soli), do momentu, aż cieciorka będzie na tyle miękka, że da się bez problemu rozgniatać. W ręku i zębach. Odsączyć cieciorkę. Nie wylewać wody z gotowania, tylko odstawić.

gotowy hummus, przepis na hummus
I prawie na koniec, już bez zbędnych ceregieli, tahini, ugotowaną ciecierzycę, czosnek i sok z cytryny - blendujemy na jednolitą masę. Jeśli jest oporna - dolewamy trochę wody z gotowania ciecierzycy.
Potem już tylko na chleb - najlepiej ten domowy.
I koniec.

przepis na hummus

Ruda Wredna

5 cze 2014

Wrota Chałubińskiego czyli wróg u bram

Sezon wyjazdów górskich zbliża się nieubłaganie. (hurra!) Należałoby więc zacząć obmyślać plan górskich wędrówek. Jako że w Tatrach byłam już prawie wszędzie, przekornie zaczęłam się zastanawiać, gdzie na pewno nie chciałabym się wybrać ponownie. I pomimo całej mej nienawiści do Gejwontu w okolicach wczesnego i późnego popołudnia, asfaltu nad Morskim Okiem oraz Doliny Jaworzynki, która przejadła mi się po stokroć (w myślach jestem w stanie odtworzyć całą drogę. Krok po kroku, kamień po kamieniu, kwiatek po kwiatku), to jest jedno miejsce, w które, ze smutkiem muszę przyznać, nie prędko się wybiorę, jeśli w ogóle. Mowa o Wrotach Chałubińkiego, o które zahaczyłam już jakiś czas temu w Wysokich Tatrach.

szlak na wrota chałubińskiego

Trasa na Wrota Chałubińskiego

Wyjście rozpoczęłam od schroniska w Morskim Oku, i początkowo wcale nie miałam zamiaru odbijać ze szpiglasowej ceprostrady w lewo na czerwony szlak.
szlak na wrota chałubińskiego, dolina za mnichem
Luby tym bardziej. Bronił się jak lew.
Nieskutecznie.
To znaczy, bardziej skutecznie okazały się łzy w oczach i foch.
W każdym razie, wystawiając argumenty "bo to tylko 45 minut [optymistycznie, ale nie musiał o tym wiedzieć]", "bo tam NIE BYLIŚMY", "kupię Ci coś jak wrócimy" aka "jutro nigdzie już nie pójdziemy" - nie miał szans pod obstrzałem.

Szlak zapowiadał się fajnie: nigdy wcześniej nie widziałam Mnicha z tak bliska i od tej (innej) strony, krajobraz zupełnie inny, od tego otaczającego nas chwilę wcześniej - z traw wdepnęliśmy w kamienie.
Mnich i Dolina za Mnichem
Mnich
W tym miejscu - Dolinie za Mnichem straciliśmy z życia jakieś 40 minut czając się na kozice. Kozice m.in. z wycieczki na Wrota, można zobaczyć tu.
kozice w dolinie za mnichem
Kozice w Dolinie za Mnichem
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że w planach było jeszcze wejście na Szpiglas, zejście do Doliny Pięciu Stawów, i stamtąd przez Dolinę Roztoki, z powrotem na Palenicę. Lekko licząc - jeszcze z 5 godzin, dodając szarlotkę w D5SP.

Tam, gdzie kończyła się Dolina za Mnichem, zaczynały się schody. A dokładniej podejście o nachyleniu.... o dużym nachyleniu. I tak przez 40 minut. Na same Wrota.
Wrota Chałubińskiego i Dolina za Mnichem
Wrota Chałubińskiego

Wrota Chałubińskiego

I tu zaczęło się rozczarowanie. Strome podejście, bardzo sypkie na samym szczycie, w żaden sposób nie zostało zrekompensowane widokami.
podejście po wrota chałubińskiego

Mało miejsca, wąsko, panorama zasłonięta przez otaczające Wrota skały, pomiędzy które przełęcz została wciśnięta. Zejść inną trasą też się nie dało.
panorama z wrót chałubińskiego
"Widoczek"
widok panorama z wrót chałubińskiego

Podsumowując:

Trasa nie jest trudna technicznie, ale męcząca i stroma.
Kto nie był - niech idzie, ale fajerwerków nie będzie. Jedynymi może być stadko kozic, które często tam zaglądają.

A Wy macie swoje nie-ulubione miejsca w Tatrach?

30 maj 2014

Zdrowe Zakupy

Było o przydatnej liście zakupów.
Teraz o tym, co, gdy w taką listę zakupów jesteśmy zaopatrzeni.
No właśnie, co?
Mamy listę, wiemy co, i gdzie, i za ile. Ale co w momencie, gdy na półce mamy 10 rodzajów majonezów, 17 keczupów i przynajmniej 23 jogurty naturalne różnych producentów?
No właśnie.
Ja w takiej sytuacji kieruję się składem produktu, bo chcąc-nie chcąc, jakieś kryterium wyboru muszę przyjąć. Choć podobno moje pejsy ciągną się aż spod Giewontu, ja uważam (skromnie), że po prostu staram się wyszukać optymalny stosunek ceny do jakości. ;)
Problem w tym (Lubego, bo ja mogę powgapiać się w etykiety nawet przez pół dnia, on - już trochę mniej), że nie mam na pamięć wykutych wszystkich nazw  konserwantów i sztucznych dodatków, które znajdujemy w żywności. A nawet jeśli bym miała, to sprytni producenci w równie sprytny sposób, najczęściej pod postacią tajemniczo (i groźnie?) wyglądających E-kodów, skutecznie uniemożliwiają zwykłemu szarakowi rozszyfrowanie haseł.
I w końcu, jakaś mądra głowa, wpadła na pomysł wypuszczenia do Sklepu Googla, polskiej aplikacji, która ma pomóc w rozszyfrowaniu E-składników. Aplikacja ta to Zdrowe Zakupy.


Działanie

Działanie jest proste: po uruchomieniu programu, mamy do wyboru opcje:
scan - skanowanie pojedynczego produktu (kodu kreskowego)
multiscan - skanowanie kilku produktów
W zakładce "popularne E-składniki", znajduje się spis wraz z opisem najbardziej rozpowszechnionych dodatków do żywności. Tych sztucznych, ale i naturalnych.
Skanowanie produktów następuję aparatem.

 Aparat (przynajmniej mój) łapie kod bardzo szybko. Po zeskanowaniu produktu, wyświetla się informacja o składzie.

A także nazwa produktu :)
Dodatki do żywności oznaczone są kolorowymi buźkami: te szkodliwe dla zdrowia - na czerwono, podejrzane - na żółto oraz przyjazne - na zielono.

Co więcej, po wybraniu dowolnego e-składnika (przecież nikt nie będzie wkuwać ich na pamięć), aplikacja podpowiada jakie działania (pożądane lub nie) wywołuje wybrany dodatek do żywności.


Z powodu tego, że aplikacja jest stosunkowo nowa, nie wszystkie produkty dostępne w sklepach są zapisane w bazie, ale kto ma chwilę wolnego czasu i odrobinę chęci, z pozycji telefonu, w niecałą minutę może dodać nowy produkt do bazy.


Za i sprzeciwy Zdrowych Zakupów

Na tak:
- aplikacja jest intuicyjna w obsłudze
- nie zajmuje wiele pamięci w telefonie
- nie wpiernicza baterii
- produkty do bazy można dodawać z pozycji telefonu
- aparat fotograficzny bardzo szybko "łapie" kod kreskowy
- dane przedstawione są w sposób czytelny
- dobrze opisane E-składniki
- multiskanowanie

Na nie:
- nadal mało produktów w bazie
- wymagany dostęp do Internetu
- aplikacja jest niedostępna na ajfony 
- zdecydowanie wydłużony czas zakupów ;)

K.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

staty