11 lis 2013

Tak się zgina

dziób pingwina.
źródło: memy.pl
Ale nie o pingwina i jego dziób chodzi.

Tym razem przyczepię się o zaginanie kartek w książkach. 
Nożeszkurde! Pozaginane kartki w książce naprawdę nie wyglądają fajnie. Szczególnie jeśli są to MOJE książki.

24 paź 2013

Wącham książki

Uwielbiam zapach książek.... szczególnie, gdy pachną drukiem i nowością (może niekoniecznie w sensie wydawniczym ;) ).

Polacy nie czytają książek. W ogóle albo prawie wogule.
Bo tekst składający się z trzech stron (  ) czy album ze zdjęciami, liczy się średnio. Albo wcale.
Wolimy obrazki, nie tekst.

Sama osobiście lubię książki. Lubię je mieć. I wąchać. Taki mały zboczeniec ze mnie, a wszelakie perwersje są ostatnio na czasie.
Z czytaniem bywa różnie, bo podobnie jak 38 milionów innych Polaków, uskarżam się na chroniczny brak czasu. I pewnie jako jedna z (nie)wielu - lenistwo.
Jednak od pewnego czasu staram się to zmienić i sukcesywnie podnoszę statystyki, przy okazji zapychając półki w mieszkaniu, i jednocześnie tworząc na ścianie warstwę pochłaniającą dźwięki wydobywające się z mieszkania stukniętej sąsiadki. Człowiek nawet nie miał pojęcia, ileż to pożytku płynie z samych książek. Nie mówiąc już o ich czytaniu.
Do rzeczy.
Jako że nie mogę się zebrać, aby napisać coś mniej lub bardziej sensownego o górach (które w tym roku kompletnie się nie udały, mam focha), pochwalę się moimi nie-górsko-tematycznymi nabytkami.
A jest ich aż dwa, i to dzięki wymienionym punktom za wypełnianie przygłupich ankiet.
Tak się ucieszyłam, że za punkty uzbierane w ciągu zaledwie sześciu miesięcy, mogłam sobie pozwolić na zakupowe szaleństwo, że nie zdążyłam ich nawet przejrzeć. Zaledwie wczoraj mój pan mąż przyniósł je z punktu odbioru, i nie mam zielonego pojęcia jakie one są. Choć oczywistym jest że pachną.

prl jak dawniej się żyło, książka, czarna wołga

Jak to drzewiej (za komuny) bywało. Słysząc raz po raz westchnienia społeczeństwa, jak to "za komuny było lepiej", bo na półkach było nic i ocet, ale paradoksalnie każdy wszystko miał (wyczekane lub spod lady), a że nie dane mi było do końca doświadczyć ówczesnych cudów, postanowiłam zweryfikować swoją wiedzę i niesamowite historie opowiadane przez rodzicielkę. Dlatego wybór padł na
"PRL jak cudownie się żyło!" (Wiesław Kot)
Przeglądając pobieżnie, to co autor przelał na papier, z całą pewnością mogę powiedzieć, że książka nie została napisana śmiertelnie poważnie. W całkiem zabawny sposób porusza aspekty życia w czasach PRL: kulturę, zwyczaje, kuchnię czy życie codziennie. I są obrazki!
Ale czy rzeczywiście było do śmiechu? ;)

"Literaci do piór, studenci do nauki, pasta do zębów!"

Pozostając nadal w temacie i chcąc dogodzić Lubemu, coby mu się nie nudziło w drodze do pracy, dokupiłamwybrałam czarną wołgę.
Czarna wołga. Kryminalna historia PRL (Przemysław Semczuk)
Jest to zbiór historii kryminalnych, które wydarzyły się w czasach PRL i bulwersowały opinię publiczną, choć ta miała się o nich nigdy nie dowiedzieć. Autor nie tylko przejrzał w tajne dokumenty, ale także dotarł do byłych przestępców. Każdy rozdział książki, jest oddzielną sprawą, którą mniej lub bardziej udało się rozwikłać.

Hasło na dziś:
Nie bądź wtórnym analfabetą. Weź książkę w dłoń.
i przeczytaj.

2 paź 2013

O odmianie nazwisk na zaproszeniach ślubnych

Natchniona, czy też może raczej zmuszana przez życie i duszę techniczno-praktyczną, przy okazji tworzenia własnych zaproszeń na swój własny ślub, postanowiłam dosłownie głębiej przyjrzeć się temu tematowi.
A nawet więcej! Podzielić się się tym ze światem. Tak więc:


Hello world! :)



A więc odmieniać te nazwiska na zaproszeniach, czy nie odmieniać?

Pierwszym problemem, przed którym stają przyszli Państwo Młodzi, zaraz po wyborze sukni, garnituru, wiązanki, sali weselnej, grajków, i pierdyliarda innych spraw, również po wyborze samego wzoru zaproszeń ślubnych i czcionki, jaką owo zaproszenie powinno zostać wypisane, jest przedstawienie organowi tworzącemu zaproszenia - listy gości. Najlepiej z odmienioną formą nazwisk.
Dlaczegóżto?
Ponieważ w tym miejscu zaczynają się schody, które potrafią napsuć krwi człowiekowi.

Niejednokrotnie, pomimo dużej ilości dyplomów i pokończonych kursów, naprawdę wiele osób nie ma świadomości, że wszystkie, ale to wszystkie nazwiska polskie, na zaproszeniach ślubnych, powinno się odmienić. I bynajmniej nie chodzi tu wyłącznie o nazwiska zakończone na -ska, -ski.

Wzorzec odmiany nazwisk ma ułatwić nam życie przy wypisywaniu zaproszeń ślubnych, nie tracąc czasu na zastanawianie się, czy wujostwo Czub obrazi się za Czubów.

Słownik języka polskiego twierdzi, iż
Ogólne zalecenie dotyczące odmiany nazwisk polskich i obcych jest następujące: jeśli tylko jest możliwe przyporządkowanie nazwiska jakiemuś wzorcowi odmiany, należy je odmieniać.
proste?
No nie do końca. Dla mnie samej zapis jest ten niejasny i niewiele mi mówi. Jaki do jasnej &%@#^! jest ten wzorzec odmiany?

W liczbie mnogiej - bo taka odmiana na zaproszeniach ślubnych pojawia się najczęściej, nazwiska zakończone na -ska, -ski, odmienia się "bez udziwnień": Kowalski - Kowalskich, Dąbrowski - Dąbrowskich itd.
W pozostałych przypadkach, (cały czas chodzi o liczbę mnogą!) - poprzez dodanie do nazwiska końcówki -ów
np. Nowak - Nowaków, Sitko - Sitków, Radek - Radków, Szprot - Szprotów, Rączka - Rączków,  Mucha - Muchów - nawet jeśli brzmi głupio.
ALE zapraszając państwo o nazwisku Kozioł czy Kocioł - zapraszam Koziołów (nie Kozłów) / Kociołów (nie Kotłów)

w liczbie pojedynczej, odmieniają się wszystkie nazwiska żeńskie zakończone na -a np. Budna - Budnę (normalnie, przez przypadki), Mucha - Muchę
wyjątkiem są nazwiska zakończone na spółgłoskę lub -i, -y, -o, -e
np. Fredro - Annę Fredro (nie Fredrę), Witkiewicz - Annę Witkiewicz, Dante - Annę Dante
Mężczyźni mają lepiej, ponieważ ich nazwiska w liczbie mnogiej w zasadzie odmienia się wszystkie:
Jana Budnę, Olka Fredrę, S. Witkiewicza i pana Dantego


Szanujmy język polski, nie powielajmy błędów (nie odmienia się, bo tak!)
Czy uświadamiać językowo innych?
Ja - zapraszając na swój ślub, stawiam na poprawność gramatyczną.
Niech się obrażają.

23 wrz 2013

Pograjmy w Ingress

Coś dla noobów i nołlajfów. Czy aby na pewno?

Pomimo tego, że absolutnie nie jestem typem gracza - moja wiedza i umiejętności grania w gry komputerowe kończą się na trzeciej części Heroes Might and Magic oraz urządzaniu mieszkań Simsom, to przyznam się, że z niemałym zafascynowaniem zaiwaniam z telefonem w ręku, przejmując portale i stawiając rezonatory w Ingressie.
Ingress

A cóż to takiego ten Ingress?
Ingress jest wieloosobową grą internetową, która rozgrywa się w czasie rzeczywistym (rzeczywistość rozszerzona). Wykorzystuje ona wszelkie dobrodziejstwa wujka Googla, tak więc póki co, działa tylko na tych super-mądrych telefonach z systemem zielonego robocika.
Rozgrywka, najogólniej mówiąc, polega na ustawianiu i przejmowaniu (hackowaniu) portali w miejscach publicznych, gdzie znajdują się ciekawe elementy: stare budynki, murale, tablice pamiątkowe, a także kościoły czy rzeźby, i późniejsze łączenie (linkowanie) ich w trójkąty, które stworzą pola kontrolne (control fields) naszego koloru. Linki między portalami mogą wynosić od kilku metrów do kilku, czy nawet kilkuset kilometrów, co jest oczywiście uzależnione od poziomu, który udało nam się wbić od momentu zainstalowania gry na telefonie. Hackowanie swoich i obcych portali, spowoduje, że dostaniemy wiele cennych przedmiotów, takich jak Portal Keys (potrzebne do linkowania), Rezonatory (do zabezpieczania swoich portali) , XMP Bursters (do atakowania cudzych), Portal Shields (osłony portali) i Media (a to nie wiem po co :P ).
Zaportalowana Warszawa
Rusz tyłek!
Szkopuł w tym, że gracz musi być fizycznie w pobliżu obiektów na mapie, aby wejść w jakiekolwiek interakcje z portalami. Nie ma leżenia na kanapie, czy gnicia w pokoju przed komputerem. My z naszym telefonikiem w dłoni, jesteśmy przedstawieni na mapie jako mała strzałka w centrum 40-metrowego okręgu, stanowiący obwód, w którym mamy możliwość bezpośredniej interakcji. Jak w dżipiesie.
W międzyczasie musimy zbierać Energię XM (exotic matter), która jest rozrzucona po całej okolicy, w postaci małych świecących cząstek, ponieważ tracimy ją w czasie wykonywania wszelkich czynności w Ingressie.
Aleosochozi?

Zaraz po pierwszym uruchomieniu Ingress, należy wybrać frakcję, którą chce się grać. Zieloną lub niebieską. Co kto woli. Frakcja zielona tzw. the Enlightened - najeźdźcy, którzy chcą szerzyć mądrość i oświecenie (o lol).  Niebiescy - ruch oporu (the Resistance), którym nie za bardzo zależy na byciu oświeconym. Kto wygra? Ci, którym uda przejąć wszystkie MU (Mind Units), to znaczy osoby będące w zasięgu utworzonego pola kontrolnego. Proste? Jak barszcz.


Jeszcze jedno słowo o portalach.
Portal może być koloru zielonego, niebieskiego, lub szarego (a gdzie róż, gdzie fiolet i amarant?!). Szary portal jest portalem niczyim, i można go przejąc poprzez założenie pierwszego z maksymalnie ośmiu rezonatorów pomiędzy 1 a 8 poziomem. Nieładowane rezonatory, tracą energię i mogą ulec samoistnemu rozkładowi. Można je naładować osobiście lub zdalnie z wygodnej kanapy z domciu. Przejmowanie wrogich portali polega na niszczeniu za pomocą XMP Bursters, rezonatorów i umieszczaniu w ich miejsce swoich. Przejęcie portali przez obcą frakcję może utrudnione przez dodatkowe mody, zapewniające dodatkową osłonę portali. 

















Co ciekawe, można wysyłać własne propozycje tworzenia nowych portali. Grupa Google stosunkowo szybko, bo w ciągu 2-4 tygodni, reaguje na wprowadzanie nowych miejsc.

Skoro ja to ogarnęłam, ogarnie to każdy.
Tylko uwaga: aby zagrać w Ingressa, należy mieć zaproszenie (od znajomych, albo kliknąć rikłesta na stronie gry)
Ingress w zastraszającym tempie pożera zdrowy rozsądek, czas, internet i baterię.
I człowiek jak głupek stoi w centrum miasta pod fontanną z telefonem w dłoni hakując portale.

16 sie 2013

ciasteczka owsiane...

.. z żurawiną i orzechami laskowymi..
hmm....

Pakując kota w walizkę razem z butami górskimi, upychając zapas batoników czekoladowych na szlaki, i ugniatając Oshee - bo to jest jedyne coś, co robi mi lepiej niż woda przy podejściu pod jakigoś pikusia, zaczęłam się zastanawiać, czy może nie znalazłoby się cosik lepsiejszego do przekąszenia na szlaku, od czekolady, za którą szczerze powiedziawszy - nie przepadam. (tak, wiem, dziwna jestem)
I tak narodził się w mej 'dietetycznej' głowie pomysł, że może zamiast batonika ukleić ciasteczka owsiane. Pożywne, energetyczne i nawet smaczne. ;) A o to podczas wylewania potów na asfalcie do Morskiego Oka właśnie chodzi.

Ciasteczka owsiane nie zawierają masła, z powodzeniem można nie dosypywać mąki.

Będzie potrzebne:
  • Szklanka płatków owsianych górskich (przecież jeść je będziemy w górach ;) )
  • Szklanka łatków owsianych przemielonych
  • pół szklanki otrębów pszennych
  • 3 łyżki miodu (trzeba skądś tą energię brać) / można dodać mniej
  • 70g orzechów laskowych
  • 100g  żurawiny
  • jajo
  • woda na oko
    tak jak pisałam, obejdzie się bez mąki, ale ja dodałam pół szklanki razowej.
Wykonanie jest banalnie proste.

  1. Orzechy i żurawinę posiekać, wsypać do miski, dodać wszystko sypkie.
  2. Dodać miód i jajko. W razie potrzeba dodać wodę.
  3. Wymieszać dokładnie.
  4. Łyżką formować speudo-ciasteczka na blasze w rozgrzanym piekarniku. Rozgrzanym - tak standardowo do 180', coby ciastka nie spaliły się za bardzo.
  5. Piec aż się zarumienią. Pilnować by się nie spaliły.

ciasteczka owsiane z żurawiną i orzechami laskowymi bez mąki i masła
30 minut roboty.

Jako że przypalam wodę na herbatę, osobiście punkt 5 średnio mi wyszedł, i moje wytwory wyglądają tak, jak wyglądają. Smakują lepiej. Luby też zje.

ciasteczka owsiane z żurawiną i orzechami laskowymi

Nawet kocur dobierał się do wylizania miski.


Prolog:
Dlaczego mówi się, że czekolada jest dobra przy wysiłku fizycznym, szczególnie polecana podczas letniego chodzenia po górach? Ano dlatego, że dostarcza kalorie, które zamieniają się na energię i taki strudzony człowiek nie opada z sił. Z tego powodu, uważam, że ciasteczka, szczególnie z dodatkiem miodu są dobrą alternatywą, co więcej, zapchają żołądek do czasu dojścia do schroniska i dopchaniu się do kolejki po szarlotkę. ;)
Dlaczego nie kanapka z szynką? Kanapka z szynką jak najbardziej się przyda, jednak jest ona dobra na głód, a nie jako zastrzyk energii. Cała energia zostanie pochłonięta przez trawienie.
ale o tym powymądrzam się następnym razem.

26 lip 2013

Pępek świata

I o dziwo wcale nie chodzi o mnie.


Chodzi natomiast o książkę "Pępek Świata. Wspomnienia z Zakopanego.", autorstw niejakiego Rafała Malczewskiego. Tak, dokładnie, od tych Malczewskich, syna tego Malczewskiego. Tak, kaem też się czasami odchamia ukulturalnia. ;)

Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego. Rafał MalczewskiJuż nawet nie pamiętam, w jakich okolicznościach stałam się posiadaczką tej książki. Najprawdopodobniej wpadła mi w ręce podczas buszowania w jakiejś zakopiańskiej księgarni, jednak odstraszona jej wysoką-niewysoką ceną, odkładałam jej zakup na później.
Aż któregoś razu, po święcie MB Pieniężnej, nabyłam ją drogą zakupu internetowego (bo taniej).
Absolutnie nie mam zamiaru przepisywać informacji z okładki, bo każdy półczub to potrafi, poza tym, można je znaleźć w każdym możliwym miejscu, gdzie jest choć słowo o książce.




Więc o czym mam zamiar napisać?
Chociażby o tym, że Pępek świata, a raczej wspomnienia Malczewskiego zburzyły mój wizerunek międzywojennego Zakopca, gdzie przecież ludzie nic innego nie robili, tylko chodzili po górach, zakładali TOPR, obserwowali świstaki, gonili niedźwiedzie, peace, love & fokstrot. O ja naiwna!
Malczewski, nie ukrywając niczego (no bo niby po co?), ukazuje Zakopane początku XXw. (do '39 r.), jako ośrodek rozwoju, pijaństwa, narkomanii, lewych interesów i prania brudnych pieniędzy, a także wybitne skupisko pań lekkich obyczajów, chętnie dzielących się przeróżnymi chorobami wenerycznymi. Oczywiście wszystko to było okraszone mniej lub bardziej wymagającymi wyprawami na tatrzańskie szczyty. Ale czegóż można się spodziewać po Młodej Polsce i okresie międzywojennym. Pełen luz i spontan. I w sumie dobrze, bo czymże bez alkoholu, morfiny i peyotlu byłaby twórczość Witkacego? Makuszyński nie awanturowałby się o Basię bez brydża i koniaku, a Karol Szymanowski... a Szymanowski byłby nudnym kompozytorem, gdyby nie jego miłość do Zakopanego i mężczyzn.
Pępek... pełen jest ciekawostek, związanych nie tylko z samym Zakopanem, ale i ludźmi tamtego okresu. Aż chce się czytać.

Swoją drogą, ktoś może polecić możliwie pełną biografię Witkacego?


P.S. Z góry przepraszam za blogaskowe fociszcze, spodobał mi się Instagram. :]

9 lip 2013

3... 2... 1... Bungeee!

Ha!
Za mną wieczór panieński. Wieczór, czy też może dniowieczór, bo Świadkowa spisała się na medal z organizacją pożegnania ze stanem niezamężnym i bombardowała mnie atrakcjami od samego rana. :*

Jak sama zaznaczyła, prowadząc w miejsce kaźni: będzie to krok, od którego wszystko się zmieni. A z całą pewnością zmieniło się moje tętno, gdy stanęłyśmy pod najwyższym w Polsce bungee. Doszło mi też parę siwych włosów.

Nie jest to w żadnym wypadku post sponsorowany ;)
Komuś może przyda się info zabłądując zabłądzając błądząc po necie i trafiając na mojego 'blogaska'.

Koleżanki wywiozły mnie w okolice Moczydła, czy też pod samo Moczydło.
Samo miejsce reklamuje się jako najwyższe w Polsce bungee (to to samo co stoi w Zakopcu nieopodal Gubałówki). Najwyższe... 90m. Co to jest 90 metrów? 180 kroków? Mniej niż do przebiegnięcia w szkole na wuefie?
Jednak 90m w górę, to dużo. A ludzie malutcy. I do ziemi daleko. I w upał chłodniej. Widoki ładne.
Plask! i nawet nie będzie bolało :>
Stojąc na progu pomyślałam sobie (to głupie), że ludzie w górach spadają z 300 metrów, więc co to jest te 90...? Pikuś popierdułka. ;)

Kurde, nie skoczę. Lęku wysokości wyzbyłam się dawno temu. Chyba gdzieś na łańcuchach świnickich. Albo w kominku.
Pan z obsługi - bardzo miły swoją drogą (pozdrawiam pana :D) - nie robił problemu, aby ktoś wjechał ze mną na zachętę. Albo jako motor do wypchnięcia. Tylko ta moja zachęta miała lęk przestrzeni i na niewiele się przydała (pozdrawiam zachętę :) )

Zważona (na wadze, a nie z upału czy %) przed wjazdem na górę, obsznurowana (ha! a to ciekawe - nie wiążą tylko za nogi :F ) i poinstruowana co, i jak, i dlaczego właśnie w ten sposób.
3...2...1...BUNGEE!
i kupa.
kaem stoi, pomimo tego, że lina ciągnie w dół. To ułatwia podjęcie decyzji skoczyć-nie skoczyć.
W tym momencie podziwiam pana za nieskończone pokłady cierpliwości.
I podejście psychologiczne.
I to, że jakby pan mnie namówił, to bym skoczyła. Bez liny. :D

Za drugim podejściem się udało.
bungee warszawa
Wrażenia są niesamowite. Zero kontroli nad czymkolwiek. Tylko grawitacja. Przyspieszenie, i wszystko to, nad czym zasypiałam na fizyce w szkole.

Trzeba być czubkiem.
Adrenalina się ze mnie wylewała. Uszami.
Powrót liny - czyli to, czego obawiałam się najbardziej, nie było takie straszne. Lądowanie też nie.

Świat do góry nogami jest śmieszny. Tego nie potwierdzał mój błędnik, który nie ogarniał że ręce opuszczone, to tak naprawdę są rękoma podniesionymi. Ale w tym momencie mogłam mu to wybaczyć.

Co jest fajne, to to, że nie trzeba umawiać się na skoki. Bungee jest czynne w zasadzie przez cały rok - tylko w różnych godzinach. Obsługa - na szóstkę. Jako kobieta stwierdzam, że tylko wagę mają popsutą.

Chyba wiem, co sprawię Lubemu na urodziny. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

staty