16 sie 2017

Ze Świnoujścia na Hel. Rowerowa R10. Świnoujście - Dąbki (Bobolin)

Nie lubię morza. Morze kojarzy mi się z sadzaniem tyłka w piach i patrzeniem na wodę. Piach i woda. Woda i piach, i nic więcej.
Dlatego pogrążyłam się w czarnej rozpaczy, gdy pan Mąż oznajmił mi, że nie ma zamiaru po raz setny spędzać urlop w górach, i postanowił zabrać nas nad morze. A ponieważ ja dostaję białej gorączki gdy siedzę i nic nie robię, krakowskim targiem stanęło na pomyśle aktywnego spędzenia urlopu nad morzem.
Czarna rozpacz i biała gorączka poprowadziła nas rowerem od Świnoujścia aż po Hel.
Początkowo postanowiliśmy trzymać się międzynarodowej drogi rowerowej R10 prowadzącej wzdłuż wybrzeża Bałtyku, ale życie i warunki drogowe skutecznie weryfikowały nasze plany.

Na realizację naszego pomysłu poświęciliśmy dwa tygodnie, co w zupełności wystarczy aby dziennie pokonywać 40-50km. W założeniu mieliśmy się nie przemęczać, nie spieszyć, nie cisnąć, chcieliśmy coś zobaczyć, ewentualnie zdążyć się wysuszyć gdyby okazało się, że pogoda jest taka a nie inna, i kiblujemy gdzieś dzień dłużej. Dlatego też zdecydowaliśmy się na wyjazd w połowie lipca, gdzie noce są względnie ciepłe.

Ponieważ jadąc rowerem przez wybrzeże musieliśmy ograniczyć ilość zabieranego bagażu, rzutem na taśmę aparat został w domu, a zdjęcia były robione skarpetką.

Jak Ruda jechała ze Świnoujścia na Hel.

Pierwszym zaskoczeniem była cena biletu PKP na trasie Warszawa-Świnoujście. Wraz z rowerem i wykupioną miejscówką wyszło niecałe 60zł w jedną stronę za osobę. Nie kupowaliśmy też biletu na powrót (z Trójmiasta) ponieważ sami nie byliśmy pewni kiedy i czy w ogóle ;) uda dotrzeć się nam do celu.
Drugim zaskoczeniem był wagon, którym mieliśmy jechać - zamiast bezprzedziałowego przyjechał zwykły. Bez miejsc na rowery, a rowerów, oprócz naszych jechało jeszcze z 5. Trzecim - brak wolnych miejsc, choć mieliśmy je zarezerwowane, a czwartym - legendarna punktualność kolei. Nie polecam ustawiania zegarków według odjazdów, choć tutaj autentycznie zaskoczeniem był fakt, że wyjeżdżając z ponad czterdziestominutowym opóźnieniem z Warszawy, do Świnoujścia dojechaliśmy tylko 3 minuty po czasie. Da się? Jak widać da się.
Mało brakowało aby ośmiogodzinna podróż minęła nam w takich warunkach

Dzień 1: Świnoujście - Międzyzdroje (30km)


Link do powiększonej mapy rowerowej: https://www.endomondo.com/routes/984206786

Po dotarciu na miejsce i zapakowaniu dobytku na rowery udaliśmy się na objechanie miasta. Co ciekawe (dla mnie ;) ), połączenia promowe pomiędzy obiema częściami Świnoujścia są darmowe.
Sesja zdjęciowa na granicy musiała się odbyć.



 Następnie udaliśmy się do jednej z atrakcji w Świnoujściu, mianowicie wiatraku, który znajduje się na końcu Falochronu Zachodniego u ujściu rzeki Świny. Wiatrak ten nie jest tak naprawdę wiatrakiem, a stawą (znakiem nawigacyjnym), z którą wiąże się pewna legenda.
wiatrak Świnoujście, stawa młyny, r10, ze świnoujścia na hel
Stawa Młyny

wiatrak Świnoujście, stawa młyny, r10, ze świnoujścia na hel
Świnoujście, Stawa Młyny
Początek międzynarodowej drogi rowerowej R10 w Świnoujściu. A stamtąd pojechaliśmy prosto do Międzyzdrojów. Dzisiaj obyło się bez przygód.

Ponieważ post jest masakrycznie długi, jeśli chcesz go przeczytać do końca, kliknij "Czytaj dalej"


Dzień 2: Międzyzdroje - Pobierowo (40km)


Link do powiększonej mapy rowerowej: https://www.endomondo.com/routes/984208077

Teraz zauważyłam, że trening nie zapisał mi się do samego Pobierowa, tym samym straciłam jakieś 6km.

Ze Świnoujścia R10 prowadziła nas nie tylko wyasfaltowanymi drogami rowerowymi czy jezdnią. Wiele odcinków (nie tylko w Zachodniopomorskim, ale i na całej długości R10) to droga poprowadzona leśnymi, mniej lub bardziej utwardzonymi ścieżkami. Piach też był.


Wyjeżdżając z Międzyzdrojów po raz pierwszy postanowiliśmy odbić z R10 i przejechać odcinek drogą krajową nr 102. Z dwóch powodów: R10 miejscami odbija od wybrzeża, a nam zależało, żeby zahaczyć o jak największą ilość nadmorskich miejscowości, i po drugie: przy trasie 102 był punkt widokowy, który chciałam mieć na swojej liście "zaliczone". Oczywiście chodzi o Wzgórze Gosań.
Przed wyjazdem wpadliśmy jeszcze na Aleję Gwiazd...

... którą wyobrażałam sobie w trochę inny sposób. Te małe ciemne kafelki, to płytki w których odciśnięte są ręce gwiazd i gwiazdeczek. W jaki? Trochę bardziej z rozmachem.

Wieczorem dobrnęliśmy do Pobierowa. I tutaj - oprócz sporego podjazdu z Międzyzdrojów (Wzgórze Gosań nie wzięło swej nazwy bez powodu), trasa pomimo ruchu samochodów była przyjemna. Choć wybierając się w podróż z dziećmi, raczej nie zjeżdżałabym z R10.


Nasz klucz do namiotu :)


Trochę nieopłaconej reklamy: polecam pole namiotowe "U Zenona". Obsługa przesympatyczna. Pole maleńkie, kameralne, ale dobrze zaopatrzone i przede wszystkim czyste. Trochę na uboczu, ale przez to jest tam cicho i spokojnie. A do morza 5 minut spacerkiem.

Dzień 3: Pobierowo - Grzybowo  (39km)


Link do powiększonej mapy rowerowej: https://www.endomondo.com/routes/984208904


Od Pobierowa, rzut beretem znajdują się ruiny kościoła w Trzęsaczu. Nawet przez myśl mi nie przyszło aby ominąć to miejsce, szczególnie, że ostatnim razem kiedy byłam w tych okolicach, gdy mój już-od-dawna-pełnoletni brat ledwo co przestał sikać w pieluchę i zamykał koty w szafie. Czyli zaraz po dinozaurach.
Ruiny kościoła w Trzęsaczu

Oprócz ogrodzenia, ruiny niewiele się zmieniły.

Dzień trzeci nie obył się też bez przygód. O ile trasa początkowo wydawała się być jak marzenie i gładka niczym stół, później było już tylko gorzej.


Droga w okolicach Pogorzelicy. Nierówne płyty którymi wyłożona była trasa w okolicach Pogorzelicy nie dała nam do myślenia. Podobnie jak wujek Googiel, który kierował nas w ten sposób, aby dalej nią nie wjeżdżać.


A to tylko dlatego, że potem było już tylko gorzej. Jeśli myślałam, że od betonowych płyt nie ma gorszej nawierzchni do jeżdżenia rowerem, to tylko dlatego, że nie jechałam brukiem. Blisko 10 km bruku. Po tych wertepach nawet płyty wydawały się być poezją dla pośladków i amortyzacji.
okolice Pogorzelicy
Marnym pocieszeniem, ale zawsze, by fakt, że nie tylko my przemęczyliśmy tą trasę.
Ale chyba tylko my nie zauważyliśmy znaku wskazującego Mrzeżyno. Googiel twardo prowadził nas do przodu, tylko nieśmiało wspominając coś na temat drogi o ograniczonym dostępie.
Tą drogą okazał się być zamknięty teren jednostki wojskowej, więc gdybyśmy nawet grzecznie zapytali się pana w mundurze czy nas nie puściłby skrótem (a i takie mieliśmy myśli), obawiam się, że mógłby odmówić. Więc jeśli będziecie przypadkiem w tych okolicach, nie jedźcie tą drogą.
Trasa około 25 kilometra na mapce w linku. Tam też przez jakiś czas jechałam bez GPSa.


Kolejnym przystankiem na nocleg miały być okolice Kołobrzegu. Ale ponieważ staraliśmy się omijać duże miejscowości, postanowiliśmy zatrzymać się na jednym... jedynym polu kempingowym w Grzybowie, a że jechaliśmy 3 dni, i pogoda miała być sprzyjająca, zakładaliśmy, że w Grzybowie zostaniemy na dwie noce. Po dotarciu na kemping, gdzie okazało się, że jest tam miliard ludzi, a toalety czuć na kilometr, po kameralnym Pobierowie, uciekliśmy stamtąd czym prędzej. Nie tak prędzej, bo na drugi dzień.
Wcześniej też zrobiliśmy większe zakupy, które okazało się, że trzeba było skompresować na drugi dzień z rana.

 Dzień 4-5: Grzybowo - Gąski (41km)


Link do powiększonej mapy rowerowej: https://www.endomondo.com/routes/984210013

Wejście na falochron w Kołobrzegu kosztuje 1zł.




Nie obyło się również bez pierwszej ofiary wyjazdu. Moja nóżka od roweru powiedziała: dość.

Dojechaliśmy do Gąsek, w których, oprócz latarni i tego, że jest jedna ulica, która notabene w środku sezonu miała generalny remont - czytaj: była rozkopana po samą wodę gruntową, nie działo się nic ciekawego. Jak widać na powyższej mapce, robiliśmy nawrotkę do Ustronia Morskiego żeby zaopatrzyć się w grille jednorazowe, które stanowiły podstawę naszego wyżywienia. Może nie same grille, ale półprodukty z grilla. I tak zleciały nam 2 dni.


I tak:


I tak:

 Dzień 6: Gąski - Bobolin (Dąbki) (47km)


Link do powiększonej mapy rowerowej: https://www.endomondo.com/routes/984210329

Kawałeczek drogi za Sarbinowem znajduje się miejscowość Chłopy gdzie przebiega szesnasty południk geograficzny.
Niestety nie wiedzieć czemu Małżon nie chciał zrobić sobie zdjęcia pod tabliczką z nazwą miejscowości.
16 południk w Chłopach

16 południk geograficzny, Chłopy

 W Łazach zjedliśmy obiad w świetnej knajpce: Chatka Zagratka, która oprócz przesympatycznego barmana miała menu uderzające w moje podniebienie.
Chatka Zagratka, Łazy
Chatka Zagratka, Łazy
Dodaj napis

Chatka Zagratka, Łazy
Chatka Zagratka, Łazy
Staraliśmy się też nie przekraczać dozwolonej prędkości. :)

Druga część - w przygotowaniu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

staty