21 wrz 2014

Jak zostałam kocią matką

Od zawsze chciałam mieć kota.
Niestety własna osobista rodzicielka, z powodów tylko sobie znanych, nie wyrażała zgody na posiadanie owego zwierzęcia (swego czasu ledwo przemycałam chomiki i świnki morskie).
Dlatego, gdy tylko wyprowadziłam się z domu, pierwsze, co było przed meblami, to kot.
Ale nie o Kicarzu chcę pisać - mam nadzieję, że mi wybaczy.


Ze trzy tygodnie miną, odkąd zeszłam do piwnicy po rower, a przy okazji zostałam zmolestowana przez dwa kocie maluchy. Małe były jak nieszczęście, dlatego pierwsze co pomyślałam (zaraz po tym, jak zrobiłam im zdjęcie, które wysłałam do Lubego z oczywistym zapytaniem czy nie chcemy mieć kotka, kolejnego) było: pewnie z matką przyszły i zwiedzają piwnicę. Skończą, pójdą sobie i tyle. Jako że moje zapytanie spotkało się z negatywną reakcją Lubego, zabrałam rower, i z ciężkim sercem kota zostawiłam. 
Jeśli chodzi o same kotki, brudne były jak nieszczęście, biało-szare, jeden spokojny, trochę nieufny, drugi za to nadrabiał pokładami miłości do obcego człowieka za 3 kolejne. Miziak przeraźliwy.
Podobnie wyglądały trzy kolejne dni: Ruda Wredna - po rower, mały koteł - atak z boksu obok. Do tego stopnia ciężko mi było odpierać kocie szturmy, że przez kolejne dni, Pan Mąż został wysyłany na misje w celu odbicia roweru. Niech się chłopina na coś przydaje.
Pan Mąż po krótkim rekonesansie stwierdził, że kotów brak. Uff, widocznie poszły. Jakie było moje zdziwienie, gdy kolejnego dnia, z boksu obok wypełzło małe, brudne, miauczące kocie dziecko, które od nowa zaczęło swój taniec wokół kostek. Shit!
Został sam jeden. Na drugi dzień też był sam.
Trzeciego dnia, moje wyrzuty sumienia w porozumieniu z Panem Mężem, czy też może z jego resztkami sumienia, ustaliły plan, który można zamknąć w krótkim algorytmie:

                          if 
                          kotek wieczorem w piwnicy 
                          then 
                          kotek zabrany do domu 
                          else
                          sprawa zamknięta

Kotka nie ma - uff.
Kotek był. Sam.

W domu okazało się, że kotek, to kotka. Że nawet biała jest, nie szara. Że nie boi się Kiciarza, a nawet od razu zaanektowała jego miskę z jedzeniem. Że wszystkie kąty jej. I kolana pańci też. I że mruczeć też umie.



Dlaczego wcześniej nie zdecydowałam się na dwa koty?
Bo Kiciarz całe życie jedynak mógł nie zaakceptować malucha.
Bo małe mieszkanie.
Bo jak nie będą walić do jednej kuwety, to drugą postawię w kuchni. Na stole.
Bo w wakacje jest problem z jednym, a co dopiero z dwoma kotami.
Bo, bo, bo.

Maluch aktualne został Glizdą aka Robakiem.
To prawda, że koty wybierają sobie właściciela.

Epilog:
Weterynarz stwierdził, że jak na 3,5 miesięcznego kota piwnicznego, Glizda oprócz zapalenia oka (od kurzu), jest całkowicie zdrowa: żadnego świerzba, kociego kataru, pcheł ani biegunki. Tylko chudzina - 1,2kg kociej miłości.






5 komentarzy:

  1. Mieszkać wolę zdecydowanie z psami, chociaż koty też już w swoim domu miałam. Ale kocham wszystkie zwierzęta i jak tylko odwiedzam znajomych, którzy mają pełno kotów to wracam cała obrośnięta kłakami, bo je wszystkie tak wymiziam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Psy są mi totalnie obojętne. Może z powodu tego, że Rodzicielka skutecznie zniechęciła mnie do obowiązków związanych z posiadaniem psa, gdy byłam mała. :F
      Terapia szokowa (jak trzeba było wyjść z psem w ciemnicę o 6 rano) ale skuteczna ;)

      Usuń
    2. Ja też wolę psy od kotów, ale sama historia mnie niesamowicie urzekła! Pierwsze zdjęcie również! :) Rozumiem kwestie wyczekiwania na zwierzaka - ja 3 dni po ślubie jechałam pół polski po wymarzonego psa... :P

      Usuń
  2. Śliczna, ładnie im razem :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

staty